Wracam sobie dzisiaj wieczorem trasą poznańską do domu z Pomorzan (taka dzielnica Szczecina), zadowolony, że niedługo będę w domu, aż tu nagle widzę w lusterku magiczną migającą niebieską poświatę. Jak można się domyślić jechały za mną miśki. Przez sekundę myślałem, że mnie wyprzedzą i pojadą dalej, jednak w momencie, gdy zaczęli mi migać światłami nie miałem już żadnych wątpliwości i musiałem się zatrzymać.
W sumie z racji tego, że zazwyczaj nie łamię przepisów i staram się jeździć tak jak się powinno, to nie miałem zielonego pojąca dlaczego mnie zatrzymują. No, ale cóż. Stało się. Fakt faktem, że przez cały mój okres od kiedy mam prawo jazdy nie zdarzyła mi się jeszcze żadna kontrola (chociaż czasami bardzo chciałem) to poczułem pewien niepokój i obawę o mój portfel ;d. Wyłączyłem więc silnik, włączyłem awaryjne, zaciągnąłem hamulec, otworzyłem okno, położyłem ręce na kierownicy i oczekiwałem na podejście panów policjantów xD.
Nie minęła nawet minuta i pod moim oknem pojawia się dwóch mundurowych. Jeden policjant z drogówki, a drugi jakiś wojskowy (nie wiem jakie on tam miał zadanie, bo tylko stał i obserwował a nawet słowem się nie odezwał). Zaczęło się łagodnie... "Dzień dobry kontrola trzeźwości, prawo jazdy, dowód i ubezpieczenie poproszę", dmuchnąłem sobie i myślałem, że na tym się skończy, a po chwili zapytał się mnie czy się gdzieś spieszę. W tym momencie zrobiło mi się trochę śmieszno no, ale powiedziałem, że nie (wiedziałem, że nie przekroczyłem prędkości). Zapytał mnie ile jechałem, wiec mu powiedziałem, że tu przed mostem 60. Spojrzał na mnie i widać było, że go zaskoczyłem, wiec zapytał o prędkość wcześniejszą, odpowiedziałem, że 70 / 75. Popatrzył na mnie przez chwilę i powiedział kiwając głową (na tak) "dobrze.".
Niestety widać było mu to mało, bo zmienił szybko temat i zapytał mnie "A proszę mi powiedzieć, czy jeżeli linię ciągłą mamy po swojej lewej stronie to czy możemy wyprzedzać?", pomyślałem sobie - niezły żart, wiec popatrzyłem na niego chwile głupim wzrokiem i powiedziałem, że "nie". Oczywiście domyśliłem się tutaj do czego zmierzał, jednak nie dam sobie niczego wmówić, ale o tym za chwilę.
Pan policjant po mojej "błyskotliwej" odpowiedzi zapytał się mnie, że skoro są mi znane przepisy to dlaczego się do nich nie stosuje i wyprzedzam na ciągłej linii. Popatrzyłem na niego oczami wielkości pięciozłotówki i pomyślałem, no tego to za dużo. Zacząłem wiec z nim dyskusję i tłumaczę mu, że w momencie, gdy zacząłem manewr wyprzedzania linia była przerywana a to, że nie zdążyłem wyprzedzić kolesia zanim ona się nie skończyła to już nie jest moja wina. Potwierdziłem tym samym, że później - faktycznie, skończyłem manewr gdy linia już była ciągła dla mojej lewej strony. Przez jeszcze jakąś dłuższą chwilę próbował mi wmówić, ze na pewno tak nie było, ale ja trzymałem się swojej wersji, którą zresztą potwierdził kumpel.
Słodkie zwycięstwo? - niestety nie. Kolejna zmiana tematu, tym razem dostałem polecenie "Proszę otworzyć bagażnik", no więc sięgam ręką za wajchę i ciągnę, chwila ciszy a ten do mnie znowu, a potem czy nie zrozumiałem polecenia, bez jaj myślę sobie i mówię mu, że przecież otworzyłem, a on dalej swoje. Musiałem wysiąść z auta i łaskawie mu podnieść pokrywę ;/. Otworzyłem, pokazałem trójkąt. Wystarczy? Absolutnie nie! Chwilę myślał i chciał zobaczyć gaśnicę. Poszedłem więc pod fotel kierowcy i mu ją wręczyłem, popatrzył i mówi, że straciła ważność. Faktycznie tak było. No, ale cóż nie moje auto wiec mi nawet do głowy nie przyszło, że może być przeterminowana. Kazał mi wsiąść do auta i czekać. Oczywiście miałem z Konradem niezły ubaw z tej całej sytuacji a pana policjanta nie było dobre z 15 minut jak nie dłużej. Nie mam pojęcia co oni tam robili tak długo, bo chyba tyle czasu nie zajmuje sprawdzenie czegokolwiek na centrali, ale ja się nie znam. Najciekawsze jednak nastąpiło, gdy już mój ukochany mundurowy wrócił!
Ponownie zaczęła się wersja z tym, że nie było możliwości takiej, abym ja wyprzedził na przerywanej bo coś tam, uparcie twierdził, że wyprzedziłem na ciągłej, ale ja nadal trzymałem swoją wersję bo wiem dokładnie jak było (na tyle to przytomny jeszcze jestem ;d). Następnie wrócił temat prędkości, o ile na początku przyznał mi rację co do mojej wersji ile miałem na liczniku, to teraz nagle zrobiło się 110! No jaja po prostu. Nie wiem czy on tak bardzo chciał mnie udupić czy co, ale coś mu to nie wychodziło, gdyż cały czas utrzymywałem swoją wersję. No i tak przez dobrą chwilę z nim "rozmawiałem", ale on nadal uparcie utrzymywał swoje i pewnie skończyło by się to wszystko zupełnie inaczej, ale gdy tak sobie gadał i gadał oddał mi moje dokumenty i papiery, a o mandacie nic nie wspomniał, wiec pomyślałem: "dobra kij z tym" (szczególnie, gdy już prawie odchodził od auta).
Na sam koniec, gdy nagle zrobił się milszy powiedział, bym sobie jeszcze klapę od bagażnika zamknął, bo pojadę z otwartą, ale nadal mimo wszystko utrzymywał swoją wersję, jak ja to nie złamałem przepisów, jednak ja już nie wchodziłem w nim w dyskusję i odpowiedziałem mu tylko kończące "yhm" i się z nim pożegnałem. Wsiadłem i wróciłem do domu, bez mandatu i zadowolony, że nie dałem się zrobić w jajo.
W tym wszystkim zastanawiające jest jednak to, że skoro był taki pewien swojej wersji, to dlaczego nie miał na to żadnych dowodów, kolejna sprawa, czemu mi nie dał mandatu? W końcu przekroczenie prędkości o prawie 50 km/h to już coś. To samo z gaśnicą i wyprzedzaniem na ciągłej. Pewnie po prostu myślała, ze zatrzymał jakiegoś łosia co to do wszystkiego się przyzna i da sobie wlepić mandat, ale cóż tyle dobrego, że tego nie zrobił bo bym nie popuścił, a z jego zachowania wynikało jasno, że nie miał nic nagrane na tym swoim wideorejestratorze, a tym samym - dowodów.

